Głos Counsellora
Jako counsellor pracujący na co dzień z polskimi dziećmi i młodzieżą w Wielkiej Brytanii, często wchodzę w przestrzeń, w której splatają się dwa światy. Spotykam młodych ludzi urodzonych już tutaj lub takich, którzy przyjechali jako brzdące. Słucham ich historii, lęków, marzeń i pytań, które często pozostają bez odpowiedzi. Z wieloma z nich pracuję nad fundamentem, który na pozór wydaje się prosty, a w rzeczywistości bywa niezwykle kruchy: poczuciem własnej tożsamości.
Ostatnio w naszej szkolnej społeczności (w Polskiej Sobotniej Szkole im. Mikołaja Kopernika w Doncaster UK, gdzie jestem counsellor) i ogólnie wśród Polonii w UK, powraca temat, który porusza mnie jako specjalistę i rodzica zarazem. Często zdarza się, że polscy rodzice rozmawiają ze swoimi dziećmi w domu po angielsku. Motywy bywają różne: chęć ułatwienia dziecku startu w szkole, obawa przed akcentem, albo… próba nauki języka angielskiego razem z dzieckem, bo przecież dorośli sami też próbują odnaleźć się w nowej rzeczywistości językowej.
Z perspektywy gabinetu counsellora widzę jednak drugą stronę tego medalu. Stronę, o której rzadko mówi się przy rodzinnym obiedzie.
„Skoro mama mówi, że jest Polką a mówi do mnie po angielsku, to kim jestem?”
Dla rozwijającego się dziecka język to nie tylko narzędzie komunikacji. To dom, zapach gotowanego obiadu, intonacja głosu matki, bezpieczeństwo i korzenie. Kiedy polski rodzic od samego początku konsekwentnie zwraca się do dziecka po angielsku, wysyła mu nieświadomie głęboki i dezorientujący komunikat: „Mój ojczysty język nie jest wystarczająco dobry dla Ciebie” lub „Moja polskość jest czymś, co lepiej ukryć”.
Dzieci chłoną te niuanse całą swoją istotą. W gabinecie słyszę pytania, które łamią serce:
„Do kogo ja właściwie należę?”
„Czy jestem Polakiem, skoro w domu rozmawiamy po angielsku, a w szkole brytyjskiej też czuję się inny?”
„Dlaczego mama udaje kogoś, kim nie jest?”
To rodzi głęboki kryzys przynależności. Młody człowiek zaczyna czuć się zawieszony w próżni. W brytyjskim społeczeństwie bywa postrzegany przez pryzmat obcości, a w polskim domu… pozbawiony naturalnego, żywego kontaktu z dziedzictwem, które mogłoby być jego największą siłą i oparciem. Polskie Sobotnie Szkoły stają się wtedy często jedynym miejscem, gdzie ten kontakt udaje się odbudować, ale wysiłek ten jest znacznie trudniejszy, gdy fundament domowy został podminowany.
Bez oceniania, z głęboką troską
Piszę o tym nie po to, aby kogokolwiek osądzać. Jako counsellor doskonale rozumiem presję migracji. Wiem, jak trudno jest odnaleźć się w obcym kraju, jak bardzo pragnie się dla dzieci lepszego, łatwiejszego startu, wolnego od barier, z którymi sami musieliśmy się mierzyć. Rozumiem rodziców, którzy chcą ćwiczyć angielski, albo czują, że angielski w brytyjskiej przestrzeni publicznej brzmi „bezpieczniej”.
Chcę jednak zaprosić Rodziców do refleksji. Język polski w Waszych ustach to najpiękniejszy dar, jaki możecie podarować swoim dzieciom. To dar zakorzenienia. Dziecko, które zna swój język ojczysty i jest z niego dumne, zyskuje stabilną tożsamość. O wiele łatwiej uczy się potem kolejnych języków, mając silne oparcie w swojej bazie kulturowej.
Zanim następnym razem odpowiesz dziecku po angielsku, pomyśl, co stoi za tym odruchem. Spróbuj powrócić do polszczyzny, Wasze dzieci potrzebują Waszych prawdziwych głosów, w Waszym prawdziwym języku.
Dajmy im poczucie, że wiedzą, kim są i skąd pochodzą. Bo korzenie to nie obciążenie – to skrzydła.
Beata 🤗